Hiena przed premierą – odcinek 2: Zasady to przeżytek? Dlaczego Sabina i Dziunia rozumieją wagę słowa
Waga słowa i ludzkie obietnice
Pewnie większość z nas słyszała powiedzonko „obiecanki-cacanki, a głupiemu radość”. Nie ma nic zdrożnego w znajomości tego tekstu, ale jego stosowanie w praktyce to już zupełnie inna sprawa. Dzisiaj chciałabym zatrzymać się na chwilę nad tematem rodem z mojej najnowszej powieści Hiena – nad obietnicami, które składamy w różnych okolicznościach, i nad tym, co się z nimi dzieje, gdy cichną echa wielkich słów.
Specjalnie, z pełną premedytacją, pominę przysięgi, ślubowania i przyrzeczenia składane oficjalnie przed urzędnikami czy ołtarzem. To materiał na osobną opowieść, na akty notarialne i urzędowe pieczątki. Skupmy się na tym, co najbardziej ulotne, a jednocześnie najbardziej bolesne, na obietnicach prywatnych, składanych bez świadków, w czterech ścianach, bliskim, rodzinie, przyjaciołom… Czy w ogóle dzisiaj słowo cokolwiek jeszcze znaczy?
Może powiesz: „No wie pani, przecież to przeżytek, anachronizm. Chyba nikt nie bierze poważnie obietnic składanych na przykład dzieciom? Ot, rzuci się je na odczepnego, żeby maluch przestał płakać, takie luźne mrugnięcie okiem”.
Czyżby?
Jeśli nie można czegoś obiecać, lepiej po prostu tego nie robić. Znaleźć inne rozwiązanie, rozmawiać, tłumaczyć. Dziecko przyjmuje słowo dosłownie, z całą powagą swojego małego świata i bardzo szybko nauczy się, że obietnice nic nie znaczą, bo można je bezkarnie rzucać na wiatr. Nie ma się więc co dziwić, że gdy taki człowiek urośnie i stanie pewnego dnia naprzeciwko swoich starych, schorowanych rodziców, rzuci na odczepnego dokładnie to samo: „Oczywiście, mamo, że obiecuję!”. Tyle że te słowa nie mają już żadnego pokrycia. Mówi je tylko po to, żeby interlokutor zamilkł, żeby odsunąć problem, żeby mieć święty spokój.
Może nawet nie uczył się tego celowo w dzieciństwie, lecz po prostu nabył ten nawyk w trakcie wędrówki ścieżką dorosłego życia, obserwując innych. Dość szybko doszedł do wniosku, że lawirowanie jest prostsze, a życie w ten sposób staje się wygodniejsze. A kto upomni się o spełnienie jakiejś obietnicy, skoro nie było przy tym świadków? Albo co gorsza, gdy osoba domagająca się sprawiedliwości jest już stara, zmęczona życiem i „niekumata”? No kto? W dzisiejszej rzeczywistości łatwo uznać, że skoro nikt nie patrzy, to danej obietnicy po prostu... nigdy nie było.
Przecież każda rzucona na wiatr obietnica to tak naprawdę mała, niewidoczna rysa na zaufaniu. Psychologia relacji jasno pokazuje, że zdrowe więzi opierają się na przewidywalności i poczuciu bezpieczeństwa. Kiedy ktoś nam coś obiecuje, a potem bez mrugnięcia okiem wycofuje się z tego z błahego powodu, w relacji pęka coś bardzo istotnego. Zamiast bezpiecznej przystani, dostajemy grząski grunt, który w każdej chwili może obsunąć się nam pod nogami. Z czasem przestajemy wierzyć nie tylko w konkretne słowa, ale w ogóle w intencje drugiego człowieka. I właśnie dlatego odpowiedzialność za wypowiedziane zdanie jest miarą naszej wewnętrznej dojrzałości, bo słowem można kogoś podnieść na duchu, ale można też bardzo głęboko, na całe lata, zranić.
Przypadek Marzenki i prosta mądrość z Obłuża
Żyjemy w kulturze, która zepchnęła zasady do lamusa. Dzisiaj wszystko musi być płynne, elastyczne i nastawione na natychmiastową korzyść. Zasady bywają wygodnie naginane, traktujemy je jak luźne rekomendacje, które obowiązują tylko wtedy, gdy jest nam po drodze z ich konsekwencjami. A przecież dawniej wewnętrzny kodeks i honor były kompasem, który pozwalał zachować twarz nawet wtedy, gdy nikt na nas nie patrzył. Prawdziwa próba charakteru przychodzi nie wtedy, kiedy rozdajemy uśmiechy w świetle fleszy, ale wtedy, gdy dotrzymanie danego komuś słowa kosztuje nas realny wysiłek, czas albo rezygnację z własnego komfortu.
Takich dylematów moralnych nie mają tytułowe bohaterki mojej serii powieści obyczajowych – Sabina i Dziunia. Dla nich sprawa jest krystalicznie czysta i prosta. Skoro Marzenka obiecała mamie, że jej nigdzie nie odda... to nigdzie jej nie odda! Nie ma najmniejszego znaczenia, że nie było świadków tej rozmowy, gdy chora na Alzheimera matka w rzadkiej chwili pełnej jasności umysłu zadała to fundamentalne pytanie: „Ale mnie nigdzie nie oddasz? Zostanę tutaj, obiecujesz?”. Marzenka obiecała, kropka.
Czy faktycznie wywiązała się z tej obietnicy w zderzeniu z brutalną rzeczywistością? To już zostawiam do przeczytania na kartach Hieny. Jednak dla Sabiny i Dziuni – jak powiedziałby z uśmiechem niezapomniany Pawlak z komedii Sami swoi – słowo jest zawsze droższe pieniędzy.
Gdyby tak Sabina i Dziunia usiadły z nami na ławce z kubkiem gorącej kawy i miały doradzić coś w tej sprawie, pewnie machnęłyby ręką na te wszystkie nowoczesne mądrości i powiedziały krótko: „Nie obiecuj gruszek na wierzbie, jeśli wiesz, że w sadzie rosną tylko dzikie jabłoneczki. A jak już dacie komuś słowo, to chociażby skały srały, trzeba dotrzymać, bo z czystym sumieniem żyje się po prostu lżej”. I wiecie co? W tej ich prostej, mądrości tkwi znacznie więcej prawdy niż we wszystkich opasłych poradnikach sukcesu razem wziętych.
Puste slogany czy życiowy kompas?
Ciekawe, co wy, moi drodzy czytelnici, sądzicie o składaniu obietnic w dzisiejszych czasach i o wywiązywaniu się z nich. Często widzę na różnego rodzaju manifestacjach, a także w mediach społecznościowych na prywatnych profilach, dumnie brzmiące hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna. W domyśle pozostaje, że za tymi potężnymi pojęciami kryją się ludzie, dla których te wartości stanowią drogowskaz.
Niestety, wielokrotnie w życiu przekonałam się, że bardzo często to tylko puste, dobrze brzmiące slogany. Zupełnie jak te z ulotek marketów: Wielka promocja, rabat, wszystko za free – za którymi zawsze kryje się jakaś haczykowa iluzja, bo koniec końców i tak trzeba za wszystko zapłapłacić, a czasem nawet dopłacić z nawiązką.
Odnoszę przykre wrażenie, że spowszedniały nam wielkie słowa do tego stopnia, że nikt już nie traktuje ich poważnie... no może poza bohaterkami powieści obyczajowej, które przypominają nam, kim jesteśmy, gdy opadną maski.
A jak to wygląda u Was? Czy w dzisiejszym, pędzącym świecie obietnica ma jeszcze jakąś wartość, czy stała się tylko pustym dźwiękiem niesionym przez wiatr? Porozmawiajmy o tym w komentarzach!
Kilka słów o autorce (czyli o mnie)
Nazywam się Irena Więcek – to jest mój pseudonim, w sieci funkcjonuję też jako Pisarka z Obłuża, więc łatwo mnie znajdziecie! Zadebiutowałam w 2025 roku powieścią Zamieszanie. Obecnie jestem tuż przed premierą kolejnej powieści z intrygą, Hiena, która będzie drugą częścią serii Sabina i Dziunia.
Co pisze się dalej, jakie mam plany wydawnicze, sprawdzisz tutaj:
Akcja całej serii umiejscowiona jest w północnych dzielnicach Gdyni. Tutaj, na bezdrożach i polnych ścieżkach pośród łąk, główne bohaterki „rozchodzą” wszystkie swoje problemy. O czym są moje powieści obyczajowe? O drugiej szansie, o wartościach, o bólu i o miłości. Piszę nie tylko dla kobiet, ale dla każdego, kto szuka światełka w tunelu i nadal wierzy, że je dojrzy.
Chcesz otrzymywać zapowiedzi i darmowe fragmenty?
Irena Więcek – Pisarka z Obłuża. Szukam światła tam, gdzie inni widzą tylko mrok. ⚓✨

Komentarze
Prześlij komentarz