Darmowy fragment powieści Zamieszanie – Irena Więcek, pisarka z Obłuża
Poznaj najsłynniejszy duet z Obłuża! Darmowy fragment powieści „Zamieszanie”
Poniżej prezentuję Ci darmowy fragment „ZAMIESZANIA” – pierwszej części serii Sabina i Dziunia. To powieść obyczajowa z intrygą, w której Gdynia, a zwłaszcza moje ukochane Obłuże, staje się tłem dla niesamowitych, ludzkich losów.
Zapraszam Cię do świata najsłynniejszego duetu z Obłuża!! Zobacz, jak zaczęło się to całe „Zamieszanie”...
⚓️ 🌊 ⚓️
Irena Więcek
ZAMIESZANIE
(Fragment)
„Szukam światła tam, gdzie inni widzą tylko mrok.”
Rozdział 1
— Sabina, otwórz te drzwi! — Stukanie przybrało na intensywności. Widać, że jego cierpliwość została wystawiona na próbę i niebezpiecznie zbliża się ku końcowi.
Ocknęła się z zamyślenia. Siedziała przed tym lustrem już chyba wieki. Spojrzała w swoje lustrzane odbicie, uśmiechem kwitując fakt, że nic się nie zmieniło. Kolejny rok na liczniku życia, ale nie dotknął jej lica ni rudawych, lśniących splotów, nie zaszkodził urodzie, która napawa ją dumą. Teraz jest z niej zadowolona, teraz…
„Rudzielec” – tak za nią wołali na podwórku. Gdziekolwiek się pojawiła, dzieciaki wytykały ją palcami. Nie lubiła tego określenia; zalewała ją wściekłość, a matczyne próby bagatelizowania problemu tylko je nasilały. Dzieciaki z podwórka doskonale wiedziały, jak ją doprowadzić do szału. Dowodziła nimi wredna blondyneczka z naprzeciwka, która wraz ze swoją matką, niedoszłą miss jakiejś tam ziemi, wyznaczały trendy. Na jej znak gromadka podrostków włóczyła się za Sabiną, czasami i cały dzień, wyśpiewując stary szlagier Marii Koterbskiej:
„Brzydula i Rudzielec To niby nic, a znaczy wiele, Niby nic, a spróbujcie raz Być brzydulą tak jak ja, Bo ja mam włosy rude, Nie miedziane, nie kasztan, nie mahoń, Tylko rude, po prostu rude, Jak lisia skórka latem”.
Wówczas była taka nieszczęśliwa, ale ta jej ruda zmora doprowadziła ją do miejsca, w którym nauczyła się wykorzystywać ją jako swój atut. Ze zwierzyny stała się myśliwym, zdobywcą. Wyróżniała się z tłumu — ruda, lśniąca burza fantastycznie poskręcanych włosów wyjątkowo udała się Matce Naturze i chociaż minęło już parę dziesiątek lat, nigdy nie musiała robić trwałej ondulacji, korzystać z lokówek czy innych fryzjerskich wynalazków, aby uzyskać efekt kręconych włosów. Z włosami w parze szła jej blada cera upstrzona piegami i oczy iskrzące się jasnozielonymi refleksami.
W dzieciństwie może rzeczywiście przypominała jakąś jadowitą gadzinę i przezwisko Rudzielec, przylgnęło do niej na stałe, chociaż uciekała przed nim. Tak, większą część swojego dziecięcego, młodzieńczego, a nawet dorosłego życia uciekała przed nim i robiła wszystko, by zasłużyć na inne miano. Tak bardzo pragnęła akceptacji, miłości, że godziła się na rzeczy niegodne, zupełnie nie mając tego świadomości.
Teraz gdy ten obraz jest już przeszłością, widzi jak na dłoni, ile pokonała i dokąd dotarła. Nie są to jakieś spektakularne sukcesy, ale jest to przełom… Przełom w jej życiu… Siedzi na wprost swojego lustrzanego odbicia i może powiedzieć: „Witaj w moim świecie, lubię Cię, Sabino Bielska…” powtórzyła raz jeszcze, wpatrując się w swoje zielone oczy.
Coś dziwnego działo się za drzwiami. Dotychczasowe rytmiczne stukanie przybrało na sile i zatraciło rytm w bezwładnym waleniu i szarpaniu za klamkę. Brakowało tylko okrzyku pomocy, ratunku, „Pali się!” czy czegoś innego w tym stylu.
Cokolwiek to było, przerwało rozkoszną chwilę. Przesłała buziaka swojemu odbiciu i energicznie ruszyła ku drzwiom, ciekawa, co to za sprawa niecierpiąca zwłoki… „Któż to, ach któż zawitał do mych wrót?” – mruczała pod nosem, otwierając z impetem drzwi łazienki niczym wrota swego zamku. Takiego widoku zupełnie się nie spodziewała.
Erni ze zbolałą miną przewracał oczami, machał rękami w geście bezradności i ewidentnie szykował się do ucieczki. Przed nim stała skulona, zapłakana Dziunia! Wszystko tylko nie to! Jagoda Rek-Wirska pseudo Dziunia, jej najlepsza przyjaciółka, zmaltretowana i sponiewierana jak zbity pies, stoi na progu jej łazienki.
— Dziuńka! Co ty?! — krzyknęła z braku innych słów i mocno ją przytuliła. Oczywiście, czego można było się spodziewać, Erni błyskawicznie chwycił kurtkę, przesłał w locie całusa i tyle go było. No oczywiście, Dziunia ze szlochu przeszła w ryk i pozostało podawać jej chusteczki, bo przecież nic w tym stanie nie wypowie.
— No dobrze już, co się dzieje, mów mi natychmiast! — Usłyszała ciche, smutne westchnienie. Znaczy, będzie mówić.
— Zostawił mnie, rozumiesz? Po prostu zostawił?
No teraz to ona zbaraniała, zdębiała, cokolwiek to znaczy. Wytrzeszczyła swoje jaskrawozielone oczy i wbiła je niczym dwa widelce, przewiercając Dziunię na wylot. Niestety, to nie był żart.
— Zostawił, powiadasz? — Powtórzyła powoli. — Zbynio Cię zostawił? Toż to szok!
— Szok, szok, a co ja mam powiedzieć? — I dalej w ryk…
Sprawa beznadziejna. Zbynio, przykładny mąż i ojciec, prowadzał Dziunię pod rękę, na każde zawołanie był usłużny, opiekuńczy, a jaki zaradny! Wszystkie znajome stawiały go zawsze za wzór małżonka, no i ojca, bo o Kajtka dbał i zawsze dla niego czas znalazł, a przecież taki czterolatek potrafi zaszaleć. No, tutaj wsparcie potrzebne.
— Herbatki zaparzę — rzuciła w ostatniej chwili, bo winko już na końcu języka miała, ale przecież ktoś Kajtka z przedszkola musi odebrać.
— Tak, zielonej zaparz.
— Dobrze, będzie zielona.
Nie cierpi tego paskudztwa, ale dzisiaj niech będzie. Przy filiżance parującej zielonej herbaty Dziunia popadła w zadumę. Sabina patrzy wyczekująco na przyjaciółkę, ale ta jakby nieobecna…
— Dziunia, opowiadaj, kiedy odszedł?
— Nie wiem.
— Co? Jak to nie wiesz?
— Normalnie, nie wiem!
— Matko jedyna, ja chyba zwariuję z tobą! To skąd wiesz, że odszedł?
— Szlafrok z łazienki zniknął i walizka jedna, taka duża — wydusiła z siebie i dalej wróciła do chlipania…
— Dziunia, walizka zniknęła, ale co to ma wspólnego z twoim mężem? Nic nie rozumiem. Wyobraźnia przyjaciółki już nie raz namieszała, więc może i tym razem coś sobie na wyrost poskładała.
— Żebyś wiedziała, że ma! — Ze złością w głosie obruszyła się Dziunia. — Już trzy dni go nie ma. Najpierw myślałam, że służbowo wyjechał i specjalnie się nie martwiłam, bo może gdzieś mi ta wiadomość uleciała. Wiesz przecież, że ta moja pamięć to może i dobra jest, ale bardziej czasami. No to tak sobie kombinowałam, że pewnie mówił, tylko mnie coś obok uszu poleciało. On jak na tych swoich wyjazdach jest, o bożym świecie zapomina, to i nie zadzwoni, tylko siedzi w tych komputerach i nawet telefonu nie odbierze. Tak na wszelki wypadek zagadnęłam jednego jego kolegę i drugiego. Trochę dziwni byli, ale z tego, co mówią, to on do tej swojej pracy chodzi jakby nigdy nic. Więc pytam się: gdzie jest ten mój mąż? Odszedł do jakiejś lampucery jak dwa razy dwa! Co ja teraz sama z tym biednym dzieckiem zrobię? — I dalej w ryk…
No, sprawa wyglądała rzeczywiście dziwnie. Trzeba to jakoś delikatnie i powolutku jedno do drugiego poskładać. Dziunia szlochała, a Sabina zbierała myśli i gorączkowo szukała jakiejś wskazówki, od czego zacząć. Zostawienie inicjatywy w rękach przyjaciółki niczego dobrego nie wróżyło, wiedziała o tym doskonale, ale mimo najlepszych chęci miała mętlik w głowie. Zdecydowanie potrzebowała czasu na przyjrzenie się sytuacji, a tego akurat było jak na lekarstwo, a na dodatek przyjaciółka była w gorącej wodzie kąpana.
— Zajmiemy się tym — stwierdziła stanowczo. Zadziałało! Szloch ustał. Spojrzała z niepokojem na zaczerwienioną od płaczu twarz przyjaciółki. — Trzeba ciebie ogarnąć! — rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Delikatnie objęła ją ramieniem i skierowała do łazienki. Stanęła tak sprytnie, aby Dziunia nie mogła spojrzeć na swoje odbicie w lustrze, bo to mogło doprowadzić do kolejnej odsłony rozpaczy. Nie mogła do tego dopuścić. Zimna woda dla ochłody tym razem także pomogła, ostudziła czerwone policzki i rozgorączkowane myśli. Wylewanie wiadra zimnej wody nie było potrzebne, co zdecydowanie dobrze rokowało.
— Teraz zajmiesz się Kajtkiem. Trzeba odebrać go z przedszkola, pamiętasz? — wydawała krótkie polecenia dla łatwiejszego zrozumienia. Okazało się to zbędnym zabiegiem, już samo imię syna przywołało ją do rzeczywistości. Piwne oczy pociemniały, ukazując czarną, przepastną czeluść, z której głębi wydobywała się nieznana, nieokiełznana moc. Oczy mówią, więcej niż słowa potrafią wyrazić. W lot pojęła, że przyjaciółka nie podda się bez walki, a do tego gotowa jest na wszystko. Widząc tę przemianę, kontynuowała: — Kajtek nie może ucierpieć, prawda? — zapytała, upewniając się, czy słowa docierają tam, gdzie powinny. Dotarły. Kobieta wyprostowała się, już nie była skuloną, chlipiącą, opuszczoną żoną, lecz wojowniczką.
— Oczywiście, Sabinka, jak ty pięknie potrafisz odnaleźć sedno! — Z wdzięcznością przytuliła przyjaciółkę, spojrzała na zegarek: — Muszę lecieć, jutro działamy — rzuciła, nie czekając na odpowiedź i zniknęła za drzwiami.
Ciąg dalszy nastąpi... ✍️⚓️
Spodobało Ci się? To dopiero początek tej historii!
Jeśli losy Sabiny i Dziuni już Cię wciągnęły, nie musisz przerywać lektury. Całą powieść możesz zamówić bezpośrednio u mnie – z ogromną przyjemnością wpiszę do niej osobistą dedykację specjalnie dla Ciebie.
⚓ KLIKNIJ TUTAJ, ABY ZAMÓWIĆ KSIĄŻKĘ Z DEDYKACJĄ
Możesz też po prostu napisać do mnie na Messengerze lub maila: m.renak@gmail.com – ustalimy szczegóły!
Irena Więcek – Pisarka z Obłuża.
Szukam światła tam, gdzie inni widzą tylko mrok. ⚓✨
© Autorskie prawa zastrzeżoneNiniejszy tekst stanowi fragment powieści „Zamieszanie” autorstwa Ireny Więcek. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub publikowanie go w całości lub w części bez zgody autorki jest zabronione. Dziękuję za szanowanie mojej pracy twórczej. ✨

Komentarze
Prześlij komentarz