Cudze inicjały w zupie, czyli dlaczego paradowanie z logo na plecach przestaje być śmieszne
Skąd wzięły się cudze garnki w mojej kuchni?
Z takim dylematem zmagała się Sabina, jedna z bohaterek mojej powieści obyczajowej Hiena.
Można pomyśleć, że jest to jakiś wydumany problem, ale prawdę powiedziawszy sama wielokrotnie zastanawiałam się nad tą potrzebą oznaczania różnych rzeczy. Jedni nazwą to marką, inni logo, jeszcze inni uznają to za sukces, że ktoś gdzieś chodzi z torebką czy t-shirtem z napisanym jej nazwiskiem. Już nie wystarczy styl, krój, model – trzeba koniecznie napisać drukowanymi: „to ja zrobiłem, Xsiński”, aby inny Kowalski poczuł potrzebę utożsamienia się z tym sukcesem.
Sabina odebrała zamówione garnki i dopiero rozpakowując paczkę dojrzała logo, inicjały znanej osoby umieszczone na naczyniach. Czy to problem?
Znana osoba ma swoją linię, to nic nadzwyczajnego. Wszak znamy wiele marek, które oznaczają swoje produkty, i posiadanie ich w swojej garderobie czy łazience uważane jest za potwierdzenie statusu, luksusu itp.
Dlaczego więc Sabinie to logo na garnkach tak przeszkadzało?
Anatomia małego absurdu, czyli anegdota z biurowej przeszłości
Pamiętam z zamierzchłych czasów mojej zawodowej aktywności zdarzenie takie, gdy jedna z koleżanek wkroczyła do biura z dumnie uniesioną głową, eksponując torebkę trzymaną pod pachą. Wypaliłam bez namysłu:
– Basiu, dlaczego przyniosłaś cudzą torebkę? Ona na to:
– Ale o co chodzi? A ja dalej, wesoło:
– Przecież to nie twoje inicjały! Na to ona, oburzona, wydęła policzki i zgromiła mnie spojrzeniem z tych mordeczych, raczej uznając moją ignorację za porażającą:
– No coś ty, przecież to… – tu padła nazwa znanej marki, której nie chce mi się przytaczać.
Samochód, rozumiem, oznaczenie marki ma swój cel. Ale czy wszystkie artykuły muszą mieć logo jak wrota stodoły? Czy nie wystarczy dyskretna wszywka? No nie bardzo rozumiem, dlaczego miałabym paradować z cudzym nazwiskiem na plecach, jak nieprzymierzając uliczna, chodząca reklama.
Świat z plastiku i wszechobecne metki
Żyjemy w czasach, w których zatraciliśmy gdzieś umiar. Kiedyś status zaznaczano jakością materiału, porządnym krawieckim ściegiem, solidnością przedmiotu, który miał służyć latami. Dziś przedmiot ma przede wszystkim „krzyczeć”. Najlepiej z daleka, żeby przypadkowy sąsiad w autobusie albo klient w kolejce do kasy w dyskoncie zauważył, że oto obok niego stoi człowiek lepszego sortu, bo obwieszony logotypami od stóp do głów.
I tu dochodzimy do sedna, które tak fascynuje mnie w pisaniu powieści obyczajowych. Bo czy te garnki Sabiny albo torebka Basi to tylko błahe, codzienne drobiazgi? O nie. One obnażają naszą głębszą potrzebę, szukania tożsamości na zewnątrz.
Skoro sami nie wiemy, kim jesteśmy i co jest w życiu naprawdę ważne, to może pożyczymy sobie autorytet jakiegoś celebryty? Może kupimy sobie kawałek czyjegoś sukcesu, zamknięty w garnku, torebce albo bluzie? Skoro znana twarz podpisała się pod patelnią, to znaczy, że jajecznica na niej usmażona smakuje bardziej prestiżowo. Prawda?
Otóż nie.
Gdzie podział się człowiek pod tym całym hałasem?
Obserwując świat – czy to spacerując rano po polnych ścieżkach i bezdrożach północnych dzielnic Gdyni, gdzie głowy bohaterki moich książek „rozchodzą” wszystkie codzienne troski, czy patrząc na kurioza współczesnego marketingowego szaleństwa, zadaję sobie pytanie, kiedy przestaliśmy być sobą?
W powieściach z serii Sabina i Dziunia, od debiutanckiego Zamieszania, aż po nadchodzącą wielkimi krokami Hienę, bardzo często dotykam tego tematu. Moje bohaterki nie są modelkami z żurnala. To kobiety z krwi i kości, które czasem przypalą obiad, czasem potkną się o własne nogi, a częściej niż markowych torebek szukają w życiu autentycznego oparcia, drugiej szansy i świętego spokoju.
Dla nich luksusem nie jest posiadanie garnka z grawerem kogoś, kto nawet nie wie, że istnieje. Luksusem jest usiąść z kimś bliskim na ławce i porozmawiać bez filtrów, bez gry pozorów i bez logotypów przylepionych do czoła.
Mniej hałasu, więcej treści
Nie mam nic przeciwko przedsiębiorczości czy dobrym projektom. Ale irytuje mnie ta wszechstronna presja bycia banerem reklamowym. Dlaczego mamy płacić za to, żeby robić komuś za darmowy słup ogłoszeniowy?
Sabina w Hienie musi zmierzyć się z tym symbolicznym fałszem w swojej kuchni. I wierzę, że wielu z Was, drodzy Czytelnicy, uśmiechnie się pod nosem, patrząc na ten absurd, bo każdy z nas ma w szafie lub w kuchni taki przedmiot, pomnik ludzkiej próżności.
A wy co o tym sądzicie? Dajcie znać w komentarzach, czy też irytują Was wielkie napisy tam, gdzie powinna być po prostu zwykła, porządkowa rzecz? A może dumnie nosicie inicjatywy znanych projektantów i uważacie to za czystą przyjemność? Porozmawiajmy o tym!
Kilka słów o autorce (czyli o mnie)
Nazywam się Irena Więcek – to jest mój pseudonim, w sieci funkcjonuję też jako Pisarka z Obłuża, więc łatwo mnie znajdziecie! Zadebiutowałam w 2025 roku powieścią Zamieszanie. Obecnie jestem tuż przed premierą kolejnej powieści z intrygą, Hiena, która będzie drugą częścią serii Sabina i Dziunia.
Co pisze się dalej, jakie mam plany wydawnicze, sprawdzisz tutaj:
Akcja całej serii umiejscowiona jest w północnych dzielnicach Gdyni. Tutaj, na bezdrożach i polnych ścieżkach pośród łąk, główne bohaterki „rozchodzą” wszystkie swoje problemy. O czym są moje powieści obyczajowe? O drugiej szansie, o wartościach, o bólu i o miłości. Piszę nie tylko dla kobiet, ale dla każdego, kto szuka światełka w tunelu i nadal wierzy, że je dojrzy.
Chcesz otrzymywać zapowiedzi i darmowe fragmenty?
Irena Więcek – Pisarka z Obłuża. Szukam światła tam, gdzie inni widzą tylko mrok. ⚓✨

Komentarze
Prześlij komentarz