Toksyczny lukier kontra instynkt lwicy. Dlaczego w XXI wieku wciąż potrzebujemy surowego macierzyństwa?
Żyjemy w świecie potwornego, cyfrowego przesłodzenia. Wystarczy otworzyć smartfon w okolicach 26 maja czy 1 czerwca, by zalała nas lawina lukru. Ruchome karteczki wygenerowane w trzy sekundy, błyszczące gify, wygładzone filtrami filmiki z podpisem „Dla Najwspanialszej Mamusi”. W przestrzeni wirtualnej wszystko jest idealne, różowe i bez skazy. Komputerowy algorytm w sekundę stworzy obraz miłości tak doskonałej, że aż sztucznej.
Tyle że w prawdziwym życiu takiego lukru nie ma. W życiu jest surowizna. Jest brutalizm dnia codziennego, brud, szarość i zwyczajne zmęczenie. Dlaczego więc tak rozpaczliwie lukrujemy rzeczywistość w mediach społecznościowych? Bo próbujemy zaklinać świat. Chcemy uciec od tego, co uwiera. A rzeczywistość, jaka jest, każdy widzi – wystarczy odłożyć telefon i rozejrzeć się wokół.
W tym prawdziwym świecie matki bywają zmęczone i ciągle o coś marudzą. Ciągle czegoś chcą, wiecznie wydają się niezadowolone. Z kolei dzieci – bez względu na to, czy mają pięć, piętnaście, czy trzydzieści lat – nie słuchają, robią po swojemu, a potem nie wykazują tej legendarnej, oczekiwanej wdzięczności za matczyny trud i poświęcenie. Czasem nie dzwonią, czasem brakuje szacunku. I w ten sposób tworzy się mur z żalu, pretensji i ciszy.
Dzisiejszy artykuł nie będzie świąteczną laurką. Dotyka materii zupełnie nieświątecznej, bo ten jeden konkretny dzień w kalendarzu został ustanowiony wyłącznie dla przypomnienia. Prawda jest taka, że dzień matki mamy codziennie, każdego dnia, pod każdą szerokością geograficzną. I to macierzyństwo ma zupełnie inną twarz niż ta z Instagrama. Ma twarz pierwotną, dziką i bezkompromisową.
XXI wiek i iluzja nowoczesności
Mamy XXI wiek. Jesteśmy nowocześni, wyzwoleni, technologiczni. Wydaje nam się, że oszukaliśmy naturę. Współczesna kobieta może przecież scedować lwią część obowiązków związanych z wychowaniem na męża, instytucje, żłobki, przedszkola czy profesjonalne opiekunki. Idziemy do przodu, nie chcemy być zacofani. Wolność, kariera, samorozwój, blichtr bycia influencerem czy freelancerem – to są hasła naszych czasów.
Jednak to tylko wierzchnia warstwa. Kiedy odrzemy człowieka z tych wszystkich nowoczesnych naleciałości, ze smartfonów, kolorowych obrazków i cyfrowych filtrów, pod spodem zostaje czysta, biologiczna prawda. Zostaje naga, przysłowiowa Ewa. Ta sama, która w obliczu zagrożenia zapomni o całym świecie, o własnym komforcie, i swoim ciałem zasłoni maleństwo.
To nie jest kwestia mody ani poglądów politycznych. Matki mają to po prostu wpisane w swój naturalny genotyp. Obojętnie, czy chronią bezbronne niemowlę, zbuntowanego nastolatka, czy dorosłego osobnika płci dowolnej – gdy dzieje się krzywda, nowoczesność znika w sekundę.
Gdy nowoczesność ustępuje naturze: Sabina i Dziunia w akcji
Właśnie o tym dualizmie kobiecej natury piszę w mojej serii literackiej. Bohaterki powieści, Sabina i Dziunia, które czytelnicy poznali już w pierwszym tomie pod tytułem „Zamieszanie”, to kobiety z krwi i kości. To stuprocentowe obywatelki XXI wieku – dynamiczne, niezależne, znające swoją wartość. Ale spróbuj tylko tknąć ich bliskich. Spróbuj zagrozić ich dzieciom lub domowi.
W określonych, granicznych sytuacjach z ich genotypu, z samego pierwotnego źródła, natychmiast uwalniają się atawistyczne instynkty. Dla rodziny i dla dziecka zrobią wszystko. Wtedy zupełnie przestaje być istotne, jak poważną bizneswoman jesteś na co dzień, w jakie ciuchy się ubierasz i za kogo chcesz uchodzić w wielkim świecie.
W obronie swojego gniazda te kobiety są zdolne do wszystkiego. Nieważne, czy przyjdzie im wpaść w kolczaste krzaki, poranić nogi, czy złamać paznokieć i zniszczyć świeżo zrobiony manicure. Nieważne, czy potargają fryzurę i zrujnują idealny wizerunek. Kiedy trzeba chronić dziecko, Dziunia w ułamku sekundy marszczy brew, tworząc swoją słynną lwią zmarszczkę, wysuwa hybrydowe pazury i rzuca się na przeciwnika niczym rasowa lwica. Taka jest nasza natura. Pod powłoką cywilizacji drzemie w nas dzikość, która nie pyta o konwenanse.
Cykl, a nie zjawisko: Nie jesteśmy przybyszami znikąd
Nie pojawiamy się na tym świecie jak Terminator znienacka z przyszłości. Nie jesteśmy kosmitami, którzy wylądowali tu bez historii i zaplecza. Każdy z nas odbywa tutaj konkretny, zamknięty cykl życiowy. Istnieje twardy związek przyczynowo-skutkowy między tym, kim jesteśmy dziś, a tym, skąd wyszliśmy.
Ta marudząca, starsza pani, na którą czasem brakuje nam cierpliwości, jako dziecko też została przez kogoś ukształtowana, ulepiona i nasączona. Jedna dostała w domu rodzinnym słodycz, miłość i bezpieczeństwo, przez co stała się jak dobry, puszysty tort. Inna została przez los nasączona gorzkimi specjałami, chłodem i surowością – i taką samą gorycz, zupełnie nieświadomie, przekazała dalej. To jest zwyczajne życie.
Matka jest pierwszą nauczycielką. To przez jej emocje dziecko uczy się świata i buduje swoją tożsamość. Często jednak wymagamy od niej ideału, zapominając, że ona sama jest przecież czyimś dzieckiem i niesie w sobie rany z przeszłości.
Dlatego zamiast wściekać się na siebie nawzajem, zamiast generować kolejne roszczenia, usiądźmy dzisiaj w ciszy i spójrzmy na ten proces z boku. Macierzyństwo to nie jest jednorazowe zjawisko, to nie jest obowiązek odhaczany raz w roku przy pomocy bukietu kwiatów. To jest ciągły proces dojrzewania ludzkiej istoty.
Jak naprawić zaniedbane więzi? 4 konkretne rady od Pisarki z Obłuża
Nigdy nie jest za późno, aby naprawić relacje. Te więzi tak naprawdę nigdy nie zostały bezpowrotnie zerwane – one zostały jedynie zaniedbane, przykryte grubą warstwą codziennego kurzu, żalu i dumy. Nie czekaj na ten mityczny telefon, nie czekaj, aż ktoś przyjdzie z przeprosinami czy symboliczną szklanką wody. To nie o to chodzi.
Jeśli masz problem w relacji z matką lub ze swoim dzieckiem, spróbuj zmienić perspektywę. Stań obok, wyjdź z roli skrzywdzonej ofiary i obejrzyj Wasze życie jak film – kadr po kadrze. Spójrz na Wasze potyczki tak, jak ja patrzę na przygody Sabiny i Dziuni. Co wtedy zobaczysz? Jak ożywić to, co zamarło? Oto kilka prostych kroków:
1. Zdejmij koronę oczekiwań
Przestań wreszcie oczekiwać, że Twoja matka nagle stanie się idealną, ciepłą postacią z reklamy, jeśli nigdy nią nie była. Zaakceptuj jej ograniczenia. Zrozum, że dała Ci dokładnie tyle miłości, ile sama potrafiła wykrzesać ze swojego, często poranionego serca. Z kolei jako matka – daj sobie prawo do błędów. Macierzyństwo to nie konkurs na najpiękniejszy profil na Facebooku.
2. Wykonaj ruch jako pierwszy – bez roszczeń
Zadzwoń lub pojedź bez ukrytego planu, że „teraz sobie wszystko wyjaśnimy”. Nie wracaj do starych win. Zamiast tego zapytaj o prostą, przyziemną rzecz. Zapytaj, jak kwitną kwiaty w ogrodzie, co słychać u sąsiadki albo po prostu powiedz: „Pomyślałam o Tobie, pijąc poranną kawę”. Małe, codzienne kroki budują zaufanie znacznie skuteczniej niż wielkie, dramatyczne wyznania.
3. Zobacz w matce człowieka, nie tylko instytucję
Łatwo jest oceniać kogoś przez pryzmat roli, jaką pełni w naszym życiu. Spróbuj jednak spojrzeć na swoją matkę jak na kobietę, która miała swoje marzenia, swoje lęki, swoje porażki i swoją młodość. Zapytaj ją o czasy, gdy miała dwadzieścia lat. Pozwól jej powspominać. Może się okazać, że pod maską starszej, zrzędliwej osoby odkryjesz fascynującą, silną dziewczynę, z którą masz o wiele więcej wspólnego, niż Ci się wydaje.
4. Wykorzystaj literaturę jako pomost
Czasem najtrudniej jest zacząć rozmowę wprost. Jeśli brakuje Wam słów, podaruj jej książkę. Niech to będzie powieść obyczajowa z intrygą, taka która opowiada o silnych kobietach, o sekretach i o dawaniu sobie drugiej szansy. Powiedz: „Mamo, przeczytaj to. Te bohaterki, Sabina i Dziunia, są niesamowite. Chciałabym usłyszeć, co o nich myślisz”. Wspólna dyskusja o losach fikcyjnych postaci to genialny, bezpieczny psychologicznie sposób, by zacząć rozmawiać o własnych emocjach i ukrytych pragnieniach.
Pamiętajmy, życie to cykl. Wszystko, co dajemy, wraca do nas w ten czy inny sposób. Dziecko najczęściej po prostu oddaje światu to, co samo dostało w pakiecie startowym. Zadaniem kobiety XXI wieku jest oczyszczenie tego pakietu z toksycznego lukru i dotarcie do czystego, prawdziwego źródła miłości – szorstkiej, bezfiltrowej, ale bezgranicznej. Jak u lwicy.
Irena Więcek – Pisarka z Obłuża. Szukam światła tam, gdzie inni widzą tylko mrok. ⚓✨
Wpis powstał w ramach autopromocji mojej twórczości.
O Autorce:
Irena Więcek – pisarka z Obłuża, obserwatorka codzienności, konceptualna Kuratorka Chaosu. W swojej twórczości odrzuca sztuczny, internetowy lukier na rzecz szorstkiej prawdy o ludzkich relacjach. Autorka powieści obyczajowej z intrygą „Zamieszanie”, aktualnie pracuje nad drugim tomem serii zatytułowanym „Hiena”. Mieszka i tworzy w Gdyni, codziennie patrząc na morze z okna swojej pracowni.

Komentarze
Prześlij komentarz